KW@DRANS 2015
CZĘŚĆ I (30.04 – 3.05.2015)
Czekać na nas miały do wieczora, do 22:00… Spakowane zgodnie z instrukcjami wrzucanymi na dropboxa zjeżdżałyśmy się z różnych stron Polski pociągami, busami, samochodami w tajemnicze miejsce.
Majowy weekend zapewnił Kolejom Dolnośląskim wielkie oblężenie. Na Dworcu we Wrocławiu było nas już kilka. Cudem udało nam się wejść do pociągu jadącego do Jeleniej Góry. Stałyśmy na baczność mając za podporę współtowarzyszy podróży i ich bagaże. W końcu dojechałyśmy do pięknej miejscowości z kolorowymi kamieniczkami i małymi uliczkami. Cieszyłyśmy się, że jest autobus, który zawiezie nas w miejsce spotkania, że tuż tuż jest przystanek, że zaraz dojedziemy. Wówczas… jedzie. Jedzie autobus. Numer pięć. Kierunek: Siedlęcin. Stoimy bezradnie wpatrując się w znikającego za zakrętem małego busa.
Pozostały nam nasze nogi i GPS wskazujący na trasę wzdłuż rzeki. I tak szłyśmy drogą, którą oświetlał nam księżyc tak mocno, że czasem sprawiał wrażenie świateł samochodu, gdy rzucał cień naszych postaci na dróżkę, którą podążałyśmy. Przyroda, którą mogłyśmy podziwiać jedynie w blasku księżyca wzbudzała naszą ciekawość, co do tego, jak wygląda za dnia, w promieniach wiosennego Słońca.
Po kilkukilometrowej wędrówce dotarłyśmy na miejsce. We wnętrzu czekało już kilka kursantek. Zasiadłyśmy do kolacji, wypiłyśmy gorącą herbatę. Dołączyły do nas kolejne dziewczyny – Iza i Kasia, którym po długiej podróży niezwykle dopisywał humor. Gdy noc była już bardzo ciemna (i równie zimna) spotkałyśmy się w kręgu przy ognisku, na którym Wiola opowiedziała nam historię wędrowniczek… Zapach ogniska towarzyszył nam jeszcze gdy zasypiałyśmy w chłodnym wnętrzu Wieży Książęcej.
Poranek przywitał nas chłodem. Powoli wyszłyśmy ze śpiworów i rozpoczęłyśmy dzień. Mimo niezbyt pięknej pogody byłyśmy zadowolone i po apelu zrobiłyśmy sobie zdjęcia na tle wieży, po czym ruszyłyśmy na jej podbój wraz z przemiłą panią przewodnik. Wieża wybudowana na początku XIV wieku z malowidłami we wnętrzu jednej z komnat zrobiła na nas wielkie wrażenie. Nie da się słowami oddać tego średniowiecznego ducha tajemniczych pomieszczeń owej wieży. Trzeba przyjechać, wejść po skrzypiących schodach do kolejnych sal, spojrzeć na potężne belki stropowe, grube mury, poczuć zapach – tajemniczy zapach minionych wieków. To taka mała podróż w czasie po której rozpoczęłyśmy zajęcia.
Po zajęciach ruszyłyśmy z Esterą na wędrówkę, na której prowadziłyśmy rozmowy w parach. Naszymi spostrzeżeniami dzieliłyśmy się na dyskusjach na postojach. Dużo ciekawych rzeczy opowiedziała Estera. Uszy chłonęły nową wiedzę, a nasze oczy napawały się przepięknymi widokami. Po dość długiej wędrówce dotarłyśmy do małej miejscowości. Pod sklepem miejscowi panowie, śmiejąc się, mówili, że droga do Radomic, do których zmierzamy prowadzi pod górę, a potem długo w dół. Gdy zobrazowali ową wypowiedź ruchem dłoni odebrałyśmy to jako żart i po zakupach ruszyłyśmy dalej. Po jakimś kw@dransie marszu droga rzeczywiście zaczęła delikatnie wznosić się z każdym kolejnym krokiem. Trwało to dość długo. W końcu się wypłaszczyło, a naszym oczom ukazał się przepiękny zachód słońca. Zaróżowione niebo zatrzymało nas. Stałyśmy i zachwycałyśmy się ciszą, spokojem, pięknem stworzonym przez Boga… Majowe powietrze po zachodzie się ochłodziło, a droga zaczęła prowadzić w dół. Dokładnie tak bardzo w dół jak pokazywał nam to pan pod sklepem. Całe szczęście na końcu tej drogi było gospodarstwo agroturystyczne „Stare Siedlisko” – miejsce naszego noclegu. Po obfitej kolacji i równie obfitym kwadransie udałyśmy się do łóżek, by pod cieplutkimi kołdrami wypocząć przed kolejnym dniem.
Pobudka rano. Bardzo rano, szczególnie dla tych, które do późnej nocy prowadziły rozmowy w swych pokojach mimo świadomości skracającego się snu. Po śniadaniu ruszyłyśmy w drogę. Piękny maj! Piękna pogoda z ciepłym majowym słońcem sprawiała, że cała przyroda, którą mijałyśmy stała się malowniczo cudowna. Soczysta zieleń młodych traw wzdłuż drogi, którą tuptały nasze dwadzieścia cztery stopy, cieszyła oczy stęsknione za takimi widokami. W oddali widać było jeszcze ośnieżone szczyty gór, a tu i ówdzie zieleń ożywiały połacie mleczy i pola kwitnącego rzepaku… W takim sielankowym klimacie dotarłyśmy do miejscowości, w której na małej polanie oczekiwałyśmy na PKS. Przyjechał. Ale jakiś dziwnie mały. I z dziwną przyczepą z tyłu załadowaną… pontonami. I to rzeczywiście przyjechał po nas! Uradowane, zupełnie nieprzygotowane na taki zwrot akcji wsiadłyśmy na dwa pontony. Po krótkich instrukcjach płynęłyśmy już z nurtem rzeki, delikatnie sterując pagajami. Czasem płynęłyśmy zygzakiem, a czasem wzorowo na spokojnie przemierzałyśmy metry środkiem rzeki, wiosłując w równym tempie. Synchronizacja ruchów najlepiej wychodziła przy śpiewaniu szant. Momentami majestatyczny krajobraz wprawiał nas w taki zachwyt naturą, że, podziwiając ją, płynęłyśmy w ciszy.
Nasza podróż po wodzie dobiegła końca. Dobiłyśmy do brzegu. W słońcu ruszyłyśmy na obiad. Najedzone usiadłyśmy w cieniu i prowadziłyśmy kwadransowe rozmowy. Autobus zabrał nas do Bolesławca. Tam przywitała nas bardzo miła parafia… Siedziałyśmy przy stole, prowadząc rozmowy o naramienniku wędrowniczym i formach pracy. Był to owocny wieczór, sporo włożyłyśmy metodyki do naszych głów. Zasnęłyśmy szybko, zmęczone całodniowym wiosłowaniem i uprzednim dniem długiej wędrówki. Rankiem po Mszy świętej ksiądz proboszcz zaprosił nas do kawiarenki na kawałek ciacha. Każda z nas wybrała najsmaczniej wyglądający według niej kawałek. Zjadłyśmy kaloryczne porcje serniczka, leśnego mchu i innych słodkich rozmaitości. Smutno było tak szybko żegnać się z taką dobrą, otwartą parafią… Ruszyłyśmy w okolice dworca. Bolesławiecka porcelana zdobiła miasto. Przy ulicy stały wielkie porcelanowe filiżanki charakterystycznie umalowane. W takim uroczym miasteczku spędziłyśmy trochę czasu, by porozmawiać jeszcze o stopniach zdobywanych przez wędrowniczki, o organizacji obozu i biwaku. W końcu wsiadłyśmy do pociągu. Powoli dobiegała końca nasza wspólna kw@dransowa wędrówka. Smutno było żegnać się na dworcu we Wrocławiu. Smutno, ale z uśmiechem gdzieś w sercu na myśl o przeżytych razem chwilach i wizją możliwości przeżycia kolejnych przygód na drugiej części kursu.
CZĘŚĆ II (12-14.06.2015)
Łódź przywitała większość z nas burzą, a raczej BURZĄ. Wielką burzą. Czarne niebo, błyskawice, deszcz lejący się wiadrami, wicher i w końcu… piękna tęcza nad Piotrkowską i całą Łodzią. Bezpiecznie dotarłyśmy do siedziby Okręgu Łódzkiego, do końca nie mając pojęcia o co chodzi i co się dzieje i czy za chwilę nie będziemy brały udziału w jakiejś wielkiej grze nocnej poprzedzonej alarmem mundurowym. Całe szczęście noc przebiegła spokojnie i nasze przygody rozpoczęły się rano. Kadra wymknęła się z pomieszczenia w połowie picia herbaty. Wskazówki odnośnie tego, cóż dalej czynić, dostawałyśmy smsami… Po króciutkiej wycieczce po Łodzi ze zdobywaniem konkretnych ciekawych punktów dotarłyśmy do tajemniczego miejsca. FIND OUT dostarczyło nam niesamowitych emocji! Podzielone na dwie grupy próbowałyśmy wydostać się z leśniczówki i szopy, główkując nad rozmaitymi zagadkami, rozgrzewając nasze neurony do czerwoności, gdy zdawało się, że nic już nie możemy zrobić. Po 45 minutach niezależnie od tego czy udało nam się wyjść, czułyśmy się wygrane. Było cudownie!
Po części rozgrzewającej umysły ruszyłyśmy dyliżansem do Dobronia. Stamtąd w pięknym słońcu ruszyłyśmy do Ldzania w poszukiwaniu znaków patrolowych. Doprowadziły nas one na działkę. Nareszcie spotkałyśmy się z całą kadrą kursu! Mimo zmęczenia z radością przystąpiłyśmy do pieczenia kiełbasek nad ogniskiem i słuchania opowieści o wędrowniczkach. Po grze planszowej z rozwiązywaniem rozmaitych problemów dotyczących prowadzenia drużyny zjadłyśmy przepyszne pieczone banany z czekoladą. Po kolejnych wartościowych rozmowach zaczęłyśmy powoli zbierać chrust i gdy już zmrok zaczął zapadać, siadłyśmy w kręgu. Płomienie ogniska oświetlały nam twarze. Była chwila, by przypomnieć sobie najlepsze momenty z kursu i podziękować sobie nawzajem, pisząc miłe słowo na „kartkach dobroci”. Ognisko zakończyło się wraz z pierwszymi kroplami burzowego deszczu. Pachniało burzą, parę błyskawic rozświetliło niebo, a dźwięk monotonnie padającego deszczu sprzyjał rozmowom, które skończyły się dopiero, gdy sen mocno naciskał na powieki…
Następnego dnia po Mszy świętej zakończyłyśmy nasz kurs apelem w bajecznym parku. Zaczęła się podróż powrotna do Lublina, Torunia, Bielska-Białej, Rzeszowa… Wracałyśmy z bagażami wspomnień, doświadczeń, metodycznych uwag i kiełkujących nowych znajomości. To był naprawdę dobry czas. Udany kurs!
pwd. Lilia Dąbrowska wędr.
kursantka Kw@dransu 2015,
drużynowa 1002 WDH-ek „Brzezina”



